Kultura i Rozrywka

Wróć

#PodlaskieRozmowy. Piotr Głowacki: Białystok przywołuje mi obrazy świata z dzieciństwa

2021-05-11 10:30:24
- W Białymstoku czuć moc jednej z podstawowych chrześcijańskich zasad, tj. że nie ma tego ukrytego, co by nie ujrzało światła dziennego; wzbudzając podziw dla wszystkich dobrych i wrażliwych ludzi, którzy tu żyją i tworzą, dzieląc się z innymi wiarą, miłością i nadzieją w radości współistnienia różnych kultur – mówi serwisowi bialystokonline.pl aktor Piotr Głowacki.
Kamil Piłaszewicz: Po pisarkach i osobach ze świata muzyki nadszedł moment, kiedy na łamach naszego serwisu gościmy pierwszego aktora. I skoro mówimy o swego rodzaju początkach, to woli Pan rozpoczynać nowe projekty?

Piotr Głowacki: Aktorstwo to następujące po sobie procesy wyobrażenia, urzeczywistnienia i powtórzenia, przy czym to ostatnie jest próbą poszukiwania idealnej wersji wyobrażonego zdarzenia przy jednoczesnym wytworzeniu wrażenia w widzu, ale i sobie, że dzieje się to po raz pierwszy. Każdy nowy projekt, czy kontynuacja, to powtórzenie tego procesu tylko w nowym temacie, miejscu czy z nowymi ludźmi i tu pojawia się najważniejszy element - poszukiwanie harmonijnej współpracy i współistnienia z zespołem i widzami.

Aktorstwo to ciągle powtarzana próba spotkania drugiego człowieka z wiarą, że potrafimy być razem choć przez chwilę w jednym miejscu, czasie i akcji, której jedynym celem i przyczyną jest radość samego spotkania w opowieści o tym, co ludzkie. Mniej istotne jest to, czy to awangardowy spektakl, trzeci sezon serialu, czy komedia romantyczna. To tylko preteksty.

Nawiązuję do wcielania się w postaci po raz pierwszy, ponieważ ostatnio zagrał Pan jedną z głównych ról w Nieobecnych, a teraz z kolei widzowie będą mogli Pana ujrzeć w filmie pt. Mistrz o Tadeuszu Teddym Pietrzykowskim. Umiejętność dopasowywania się do różnego typu ról to coś, czego można się nauczyć w aktorstwie?

- Budowanie postaci to jedna z umiejętności aktorskich potrzebnych w realistycznej konwencji opowieści, która w tej chwili jest najbardziej popularna, stąd wszelkie techniki służące wyczytywaniu postaci ze scenariusza, a potem jej wcieleniu są niezbędnym elementem warsztatu współczesnej aktorki czy aktora, ale nasza sztuka nie ogranicza się tylko do realistycznego odtwarzania ludzkich portretów. To przede wszystkim opowieść, czyniona całym sobą, która może przybrać najróżniejsze formy.

W Nieobecnych główny nacisk położyłem na stworzenie bardzo precyzyjnych schematów prowadzenia myśli mojego bohatera i przeszkód w komunikacji z innymi. Natomiast w Mistrzu tym, co zajęło moją uwagę to wielomiesięczna praca fizyczna z ciałem, tak by stworzyć wiarygodny obraz pięściarza i poznanie okoliczności, w których przyszło mu walczyć o przetrwanie, czyli realiów obozu Auschwitz. Poświęciłem czas lekturze książek o tym miejscu i ludziach w nim zamkniętych, a także odbyłem kilkudniową bardzo intensywną wizytę w samym obozie - muzeum.

Niektórzy pisarze jak np. Katarzyna Bonda twierdzą, że po napisaniu powieści muszą z niej wyjść, tj. zająć się czymś innym, by odświeżyć umysł. Dlatego ciekaw jestem, jak z takimi momentami przejścia z roli do roli radzi sobie doświadczony i ceniony aktor?

- Im jestem starszy, tym więcej o tym myślę i coraz częściej nie nazywam tego wyjściem, ale przysposobieniem. Staram się zostawić sobie z każdego doświadczenia to, co może mi pomóc lepiej żyć, a czego nauczyłem się do pracy z postacią lub nauczyłem od postaci, a także z całego procesu twórczego, na który składają się wszystkie spotkania w trakcie trwania projektu. Nie jestem postacią, ja ją wyczytuję ze słów scenariusza, ucieleśniam i poprzez powtarzanie utrwalam w swoim ciele i w wyobraźni widzów, dlatego później np. pewne wyćiczone nawyki mogę albo porzuci, albo sobie zostawi.

Pewnego rodzaju umiejętność niezbyt dużego spoufalania się z daną rolą można nabyć dzięki próbie obserwowania tego, co jest, a nie tego, co chcielibyśmy, żeby było.

Oczywiste jest, że aktorstwo jest grą, gdzie zasadniczą rolę odgrywają emocje. W jaki sposób można je ukierunkować w taki sposób, by uzyskać na pstryknięcie palców jedną emocję, a przy usłyszeniu hasła stop inną?

- Jak mówił jeden z moich wielu mistrzyń i mistrzów, Stefan Burczyk: Emocja to rozedrgana myśl. Dlatego w procesie jej kontrolowanego imitowania skupiam się na myślach. Emocja to tylko jeden z końcowych elementów procesu aktorskiego, czasem również rodzaj łącznika, przewodnika, między sceną a widownią, którego sensem jest ewentualne wywołanie emocji w widzach po to, żeby zamieniły się one z powrotem w myśli, tylko że już widzów. Taki łuk: myśl - emocja - myśl. Każda i każdy z nas wie, że emocje pojawiają się same bezwysiłkowo wskutek silnych bodźców wewnętrznych lub zewnętrznych. Dzięki technikom aktorskim potrafimy tak zarządzać własną uwagą, żeby widzowie otrzymywali ich wiarygodny obraz w naszych działaniach.

Bywali, a przynajmniej krążyły takie legendy, że byli tacy aktorzy, którzy nie wychodzili z roli. Dla przykładu pewien pan grający w teatrze Napoleona, chodził, jadł, dosłownie wszystko robił jak Napoleon na planie i poza nim– powiedział niegdyś na swoim kanale na Youtubie Cezary Pazura. Również słyszał, być może widział Pan podobne historie?

- Tak, zdarzają się takie sytuacje, które z grubsza można podzielić na cztery kategorie: 1. choroba psychiczna, która przytrafia się aktorce lub aktorowi w trakcie pracy; 2. bardziej lub mniej świadoma ucieczka od siebie i zasiedzenie się w nimbie postaci, która wydaje się fajniejsza ode mnie samej lub samego; 3. PR-owe zagranie, które ma dodać wiarygodności postaci na ekranie, czy scenie; 4. świadoma metoda twórcza, która polega na przebywaniu przez dłuższy czas w postaci zazwyczaj w przestrzeni publicznej, rodzaj długiej próby incognito. To pozwala trenować różne elementy postaci w zderzeniu z nieświadomymi tego ludźmi, czerpiąc z tego wiedzę na temat wiarygodności wyobrażonych rozwiązań. Poza tym daje szansę na budowanie doświadczeń postaci, wzmacnianie pamięci ciała, ale i pewności performansu już później przed kamerą, czy na scenie. Pierwsze trzy punkty uznaję za niebezpieczne dla życia, zdrowia i sztuki. Ostatnie odpowiednio prowadzone może dać dużo radości twórczej i świetne efekty, czego sam doświadczyłem wielokrotnie, choćby w przypadku naszej pracy z Wojtkiem Mecwaldowskim przy Dziewczynie z szafy.

Khalidov przed kręceniem zdjęć do Underdoga zapytał mnie, o co chodzi z tym aktorstwem. Odpowiedziałem, że nie ma aktorstwa. Jest człowiek – powiedział niegdyś Eryk Lubos w zwiastunie przed galą KSW, gdzie miał wystąpić wspomniany czeczeński zawodnik. Zgodzi się Pan z jego słowami?

- I tak i nie. (uśmiech)

A co sądzi o aktorstwie sam Piotr Głowacki?

- Podstawą jest człowiek, a właściwie w sztuce teatru, czy jej pochodnych takich jak film, dwoje ludzi, którzy spotykają się w umowie, że przez pewien określony czas, w określonym miejscu, jeden z nich będzie nadawał komunikat, a drugi nastawi się na jego odbiór, a ten komunikat będzie działaniem znaczącym nienastawionym na inny cel, niż opowieść o fenomenie człowieczeństwa. Tego człowieka, który będzie działał, nazywamy z łacińskiego ago, agere - działać - aktorem. Dlatego wracając do poprzedniego Pana pytania, odpowiedzieć mogę na nie twierdząco, bo jest człowiek, ale i przeciwnie, bo jest też aktorstwo, sztuka aktorska. Inaczej nie byłoby teatru.

Mając wiedzę, którą ma Pan teraz, co by Pan sobie powiedział, zaczynając przygodę z tym zawodem?

- Tak trzymaj, bo to w co wierzysz, jest możliwe.

Za chwilę ujrzymy Pana w głównej roli w Mistrzu, Nieobecni święcą swój sukces, a zagrał Pan jeszcze m.in. w Bogowie, Chyłka – Zaginięcie, W głębi lasu etc. Można śmiało powiedzieć, że Piotr Głowacki właśnie przeżywa swoje pięć minut w karierze?

- Projekty, które Pan wymienił, realizowałem w przeciągu ostatnich kilku lat. Ostatnie pięć minut spędziłem na rozmowie z Panem, a następne pięć również spędzimy razem. Staram się w każdej chwili mojej kariery, którą rozumiem po prostu jako moją drogę życia w tym zawodzie, być tu i teraz.

W ogóle w aktorstwie istnieje coś takiego jak kolokwialnie brzmiące – „pięć minut sławy”?

- To zdanie, żeby pomogło nam coś zrozumieć, powinno mieć dla nas uzgodnione znaczenie. Co znaczy: pięć minut sławy? Czy rozpoznawalność to już sława? Czy sława to chwała? Czy do sławy potrzebny jest podziw widzów, czy wystarczy ich ciekawość? Ile trwa 5 minut? Jeśli nie odpowiemy sobie wspólnie na te pytania i nie zakreślimy pola znaczeniowego, to zdanie to będzie tylko narzędziem przemocy takim jak inne podobne słowa: talent, naturalność, norma, które bez uzgodnienia ich definicji stają się tylko kijem lub marchewką w jakiejś niejasnej grze społecznej.

Patrząc na natłok obowiązków, to, w jaki sposób resetuje Pan swój organizm, umysł?

- Poprzez sport. W tej chwili jest to głównie wspinanie i tenis, a także odpoczywam dzięki spontanicznym zabawom z dziećmi.

A może coś takiego było, tylko przez pandemię trzeba było znaleźć substytut?

- W tym czasie nie szukałem substytutów. Po prostu korzystając z większej ilości wolnego czasu, więcej się wspinałem i więcej bawiłem z dziećmi.

Na brak obowiązków, mimo pandemii, nie może Pan narzekać, więc ciekaw jestem tego, za czym tęskni Piotr Głowacki?

- Za logiką działań w obrębie wspólnoty ludzkiej, za wyzwoleniem jej od bezmyślności strachu.

Przywołany temat tęsknoty, refleksji wiąże się w Pana przypadku bezpośrednio z tym, że coś Pan stracił przez to, ile zamieszania narobił COVID-19?

- Straciłem bardzo konkretne osoby w moim życiu z powodu śmierci wywołanych pandemią. Poza tym straciłem kontakt z kilkoma ludźmi, których strach zamknął na myślenie lub obudził w nich silne instynkty przetrwania; silniejsze, niż instynkt więzi międzyludzkiej, ale też rozpoznałem w wielu osobach większą bliskość przekonań, niż do tej pory sądziłem. Poznałem wielu nowych ludzi otwartych na świat i aktywnie chcących go współtworzyć.

Patrząc, jak wielu aktorów z rozrzewnieniem wspomina możliwość grania w teatrze przed pełną salą, a nawet samymi wyjazdami na występy z teatrem, to ciekaw jestem, czy Pan również z niecierpliwością wygląda chwili, kiedy będzie mógł udać się na wyjazd na spektakl do innego miasta?

- Tak. Uwielbiam spotykać nowych ludzi, nowe miejsca, nieznane mi wcześniej budynki teatralne, ale też wracać do tych, które już zdążyłem polubić z ludźmi, których już zdążyłem poznać. Jestem aktorem, bo to kocham.

A propos odwiedzania różnych stron, to jak wspomina Pan wyjazdy do Białegostoku?

- W Białymstoku miałem dwa spotkania z widzami: jedno w kinie Helios przy okazji premiery filmu Disco Polo, a drugie w Podlaskiej Akademii Kultury, po pokazie w kinie Forum filmu pt. Kto napisze naszą historię o Archiwum Ringelbluma, jednym z pięciu skarbów polskiego piśmiennictwa wg UNESCO zawierającego zapis zagłady kilku milionów Polaków tylko dlatego, że byli równocześnie Żydami.

Za pierwszym razem wszystko przebiegło w bardzo miłej atmosferze, ale też bardzo szybko. Pobyt w mieście ograniczył się do wizyty w kinie, za drugim, choć była to również wizyta jednodniowa, miałem okazję przespacerować się ulicami miasta i dzięki panu Adamowi Radziszewskiemu poznałem kilka historii ludzi związanych z tym miastem w tym wielu Polaków-Żydów.

Jednak najsilniejsze wrażenia przyniosło samo spotkanie i rozmowa po filmie, pełna empatii, wzajemnego szacunku i zrozumienia. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo czułem po niej, że jestem szczęśliwy.

Wielu artystów uważa, że albo pragną, albo właśnie udało im się spełnić marzenie i wystąpić w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Tłumaczą to przekonanie tym, że to miejsce jest w jakiś sposób magiczne. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?]

- Jako licealista brałem udział z moim amatorskim teatrem w festiwalu w Sejnach, graliśmy wtedy spektakl wg tekstu Pabla Picasso w budynku sejneńskiej synagogi. To było kilka fantastycznych dni, dzięki którym później byliśmy zaproszeni m.in. na Festiwal w Brnie. Jest to jedno z ważniejszych wydarzeń mojej młodości. Pomyślałem wtedy, że tak chciałbym spędzić życie.

Kiedy dwadzieścia lat później w Suwałkach, grałem z zespołem „TR Warszawa” spektakl w reżyserii Grzegorza Jarzyny pt. „Męczennicy” przyszła do mnie myśl, że warto było marzyć i podążać za marzeniami. Nie miałem do tej pory jeszcze okazji stanąć na deskach teatru im. Węgierki, choć jego piękna, modernistyczna bryła wygląda zachęcająco. Nie przestałem marzyć, więc może i okazja się zdarzy.

Jeśli Piotr Głowacki miałby powiedzieć o pierwszej myśli związanej z Podlasiem, może samym Białymstokiem, to odpowiedziałby, że...

- Jest w nim coś, co upodabnia go w moich oczach do świata mojego dzieciństwa - kujawskich miasteczek. Mam na myśli to, że czuć moc jednej z podstawowych chrześcijańskich zasad, tj. że nie ma tego ukrytego, co by nie ujrzało światła dziennego; wzbudzając podziw dla wszystkich dobrych i wrażliwych ludzi, którzy tu żyją i tworzą, dzieląc się z innymi wiarą, miłością i nadzieją w radości współistnienia różnych kultur.

Kiedy rozmawiałem z Paullą, to wyznała, że uwielbia wracać do Białegostoku przez to, że czuje tu magię od ludzi, że nigdy nie spotkała się z tzw. złą energią. Odnosi Pan podobne wrażenie?

- Żyję i podróżuję tylko dlatego, że słowa Czesława Niemena są również moimi słowami i wiem, że ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nigdy dzięki nim nie zginie i że nadszedł już czas zniszczyć w sobie nienawiść. Dlatego przyjemnie jest odwiedzać Białystok, miejsce, gdzie to się właśnie dzieje.

I na sam koniec chciałbym zadać jedno z najbardziej sztampowych pytań, a mianowicie, jeżeli miałby Pan polecić odwiedziny Podlasia, to o czym by Pan jeszcze powiedział, o czym nie mówiliśmy powyżej?

- Wierzę w młodych ludzi, którzy tu żyją, marzą i działają na rzecz różnorodności białostockiej społeczności. Dlatego liczę, że może znajdą powód, żeby uznać, że mogę im się na coś przydać, będę mógł wtedy się z nimi zobaczyć, poznać i ponownie odwiedzić Białystok.
Kamil Piłaszewicz
24@bialystokonline.pl