Aktualności

Wróć

Największe morderstwo ćwierćwiecza

2009-10-20 00:00:00
19 października minęła 25. rocznica zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki, i choć arcybiskup Kazimierz Nycz apelował, by nie obchodzić tego dnia jak jubileuszu, to trudno nie wspominać czym żyła Polska w 1984 r. Sprawa uprowadzenia i śmierci kapelana Solidarności poruszyła i porusza do dnia dzisiejszego nie tylko wierzących i wyznających idee głoszone przez duchownego.
Ogromne archiwa Instytutu Pamięci Narodowej nie zawierają dokumentów dotyczących morderstwa Popiełuszki. Oprócz obszernych materiałów z, w dużym stopniu ustawionego, procesu toruńskiego, w którym skazano funkcjonariuszy SB, trafiły tam tylko akta paszportowe księdza. Brak jakichkolwiek innych dokumentów nie tylko nie pozwala dziś na obiektywne odtworzenie wydarzeń sprzed 25 lat, lecz również daje pole do snucia wielu przypuszczeń i teorii.

Zaufany kierowca czy współpracownik SB?
19 października wieczorem ksiądz wracał z Bydgoszczy do Warszawy samochodem prowadzonym przez Waldemara Chrostowskiego. W drodze zatrzymał ich nieoznakowany Fiat 125p, z którego wyszli mężczyźni - dwaj cywile oraz jeden w mundurze milicjanta. Wezwali Chrostowskiego na kontrolę trzeźwości po czym zakuli w kajdanki i zakneblowali. Księdza pobito i wrzucono do bagażnika. Fiat z dużą prędkością ruszył w stronę Torunia, ale z pędzącego auta udało się wyskoczyć Chrostowskiemu. Znajomy księdza dotarł do pobliskiej miejscowości skąd zawiadomił milicję o zajściu. Dzięki późniejszym zeznaniom kierowcy można było zidentyfikować porywaczy - pracowników IV Departamentu MSW zajmującego się zwalczaniem działalności antypaństwowej: Grzegorza Piotrowskiego, Leszka Pękalę i Waldemara Chmielewskiego.

Zastanawiające jest czemu oprawcy pozwolili uciec jedynemu ze świadków porwania. Bez problemu mogli go zatrzymać. Chrostowski wyskoczył z jadącego z prędkością około 100 km/h samochodu, i nawet biorąc pod uwagę fakt, że był wysportowany, jest mało prawdopodobne, że doznał tak niewielkich obrażeń. Biegli sądowi uznali, że jego marynarka została celowo zniszczona. Po zakończeniu procesu otrzymał zaś od Skarbu Państwa niezwykłe w tamtych czasach i bardzo wysokie odszkodowanie. Niektórzy wysuwają przypuszczenia o współpracy kierowcy księdza z SB.

Niezwykle szczegółowe zeznania oprawców
Ksiądz był wieziony w bagażniku, a gdy odzyskał przytomność chciał wypychać jego klapę. Esbecy zajechali na parking koło hotelu Kosmos w Toruniu, gdzie Jerzy Popiełuszko, próbował uciekać krzycząc o pomoc. Porywacze szybko go dopadli i ponownie związali oraz zakneblowali. Samochód przejechał przez most na Wiśle w Toruniu i oprawcy zatrzymali się by ponownie uciszyć Popiełuszkę. Gdy kapelan po raz kolejny próbował wydostać się z bagażnika esbecy zjechali do niewielkiego lasku, wyciągnęli go z auta, okładali kijem. Dokładnie zakneblowali, na szyję założyli pętlę przywiązaną do nóg, a do nich dziesięciokilogramowy worek z kamieniami. Ruszyli w kierunku zapory wiślanej koło Włocławka gdzie z wysokości kilkunastu metrów wrzucili księdza do rzeki. Możliwe, że Jerzy Popiełuszko jeszcze wtedy żył.

Kiedy odnaleziono zwłoki?
Oficjalnie ciało kapłana wyłowiono z Wisły 11 dni po zabójstwie - 30 października. Świadkowie i pracujący wówczas nurkowie zapewniają, że odnaleziono je już cztery dni wcześniej. Istnieją domniemania o zatopieniu ciała dopiero 25 października. Po pierwszym wydobyciu przewieziono je do zakładu medycyny sądowej w Białymstoku i poddano wstępnym oględzinom.

Wyjątkowo niskie wyroki
Trzej oprawcy w swoich zeznaniach podali zadziwiająco wiele szczegółów. Jednocześnie nie próbowali zrzucać odpowiedzialności na kogoś innego. W procesie toruńskim Piotrowski został skazany na 25 lat więzienia, Pękala na 15 lat, Chmielewski na 14 lat. Wyrok 25 lat otrzymał też ich bezpośredni zwierzchnik - Adam Pietruszka. Wszystkim czterem znacznie skrócono karę.

Do dziś nie wiadomo kto tak naprawdę był inicjatorem zabójstwa. Przypuszcza się, że byli to wysocy decydenci państwowi. Wojciech Sumliński snuje teorię, że akcja była prowokacją - jej mały profesjonalizm zakładał obarczenie winą opozycji. Kręgi opozycyjne miały uprowadzić księdza, ale do społeczeństwa dotatłby przekaz iż zrobiło to SB. Opozycja miałaby pretekst do wywołania zamieszek niepodległościowych. Służby ujawniłyby, zbrodnię działaczy co pozwoliłoby na ich zdyskredytowanie i ostateczne rozprawienie się z nimi.

Z pozoru dobrze znana sprawa jest jedną z największych zagadek polskiej historii najnowszej. Z przerwami, śledztwo dotyczące morderstwa prowadzi lubelski i katowicki oddział IPN. Te nie tylko niewiele wyjaśnia, ale dodatkowo komplikuje dojście do prawdy (opiera się wyłącznie na zeznaniach). Z braku materiału dowodowego raczej nie trafi do sądu.
E.S.