Kultura i Rozrywka

Wróć

Futrzane kajdanki i pejcz. Pięćdziesiąt twarzy Greya [RECENZJA]

2013-02-26 00:00:00
Seks przestał być tematem tabu, o czym świadczy coraz większa liczba wydawanych książek o tematyce erotycznej. Powieść Pięćdziesiąt twarzy Greya autorstwa L.S James wywołała szereg dyskusji wśród polskich czytelników ze względu na liczne opisy sadomasochistycznych aktów seksualnych.
Fenomen wydawniczy

Mowa tutaj o książce, która zebrała nieprawdopodobne żniwo w postaci kilkudziesięciu milionów sprzedanych egzemplarzy. Przez wielu krytyków linczowana i nazywana mamusinym porno, cieszy się niesłabnącą (a wręcz rosnącą!) popularnością głównie wśród kobiet. Bez wątpienia kobiecy erotyk stanowi swoisty fenomen na rynku wydawniczym. Co ciekawe, pierwotnie powstała jako fanfic Zmierzchu, czyli napisana przez fana kontynuacja losów bohaterów sagi o wampirach.

Banalna fabuła

Fabuła jest dosyć oczywista. On jest zabójczo przystojnym, niezwykle kulturalnym milionerem, któremu smaczku dodaje traumatyczna przeszłość oraz zamiłowanie do sado-maso, ona - kalka Belli z sagi Zmierzch, jest naiwną dziewicą studiującą nauki o literaturze. Ana Steele, jak bajkowy Kopciuszek, przechodzi metamorfozę. Staje się ociekającym seksem wampem. Oczywiście główny bohater (istny bajkowy książę) także przechodzi cudowną i uzdrawiającą przemianę za sprawą miłości, co potęguje wrażenie banalności fabuły.

Sadyzm i masochizm

Warto także zatrzymać się przy elementach BDSM wykorzystanych w fabule powieści. Skrót BDSM w skrócie oznacza tyle, co związywanie i dyscyplinę, dominację i uległość oraz sadyzm i masochizm. Po przeczytaniu lektury muszę stwierdzić, że pomimo zapewnień wydawców, wyżej wymienionych komponentów jest jak na lekarstwo. Jedynym fragmentem ostrzejszym niż te harlekinowskie jest scena, w której Christian skórzanym pasem bije Anę, nie skrywając, że sprawia mu to przyjemność. Poza tym, używając terminologii, którą posługuje się główny bohater, w fabule dominuje waniliowy seks. Sceną stosunku, opisaną w jednakowy i mało emocjonujący sposób, autorka nas raczy co około 10 stron.

Nieudolny przekład

Niestety jestem zmuszona przyczepić się jeszcze do jednej kwestii - języka, którym posługuje się autorka. O święty Barnabo, Kuźwa, Kurka wodna - to tylko niektóre przykłady użytych sformułowań, które są zbyt pruderyjne w zestawieniu z totalnie bezpruderyjną fabułą. Poza tym orgazm, którego opis co raz pojawia się w powieści, autorka niemal za każdym razem ubiera w te same słowa: rozpadam się na milion kawałków. Być może jest to wina osób, które dokonały przekładu, a być może autorki, którą jest fanka sagi Zmierzch.

A jednak warto...

Pomimo niewątpliwych braków w warstwie językowej oraz fabularnej powieści, da się ją przeczytać. Jest to powieść lekka i niewymagająca, więc stanowi idealną opcję na spędzenie odmóżdżającego wieczoru. Poza tym, wierząc opiniom internautów, wpłynęła dodatnio na jakość pożycia seksualnego wielu par.
Małgorzata Cichocka
24@bialystokonline.pl