Aktualności

Wróć

Boże Narodzenie - przeszłość kontra teraźniejszość [WYWIAD]

2018-12-24 08:05:04
Czym różnią się obecne święta Bożego Narodzenia od tych, które obchodzili nasi pradziadkowie? M.in. o to zapytaliśmy Andrzeja Lechowskiego - dyrektora Muzeum Podlaskiego.
pixabay.com
Przygotowania do świąt 100, 200 lat temu. Jak to wyglądało?

Jeżeli chodzi przygotowania, zaczyna się to wszystko adwentem, który kiedyś był przestrzegany również towarzysko. Nie było sytuacji takiej, jaką mamy obecnie, gdzie praktycznie tego adwentu, czyli przygotowania duchowego do świąt, w mieście się nie zauważa. Jeszcze przed II wojną światową było to zauważalne. Co prawda tamten Białystok był jeszcze troszkę innym, bo był jeszcze żydowskim miastem.

Co mnie ujmuje zawsze, to już materialne przygotowania do świąt, że żydowscy kupcy, cukiernie, magazyny szykowały dla chrześcijan specjalną ofertę świąteczną. Można to sprowadzić do chęci zysku, ale nie przesadzajmy, było to jednak zazębianie się religii.

Co jeszcze się działo?

W szkołach, szczególnie w szkołach średnich, zaczynają się rozmaite przedstawienia adwentowe, wieczory poezji. Ten okres przygotowań świątecznych zaczynał się nawet już od końca listopada, więc jak słyszę czasem takie zżymanie się, że ojej, tu listopad, a w mieście już oferty świąteczne, to przecież w międzywojniu to samo było. Pewnie nie na taką skalę, ale jednak.

Najlepiej wypastujesz dom na święta pastą taką albo żeby ładnie na święta wyglądać, zajdź do magazynu mody takiego a nie innego - takie reklamy były powszechne.

A miasto? Ozdabiano je w jakiś sposób?

To właśnie w międzywojniu zaczęło się dekorowanie miasta na okres bożonarodzeniowy. W Białymstoku, w centrum, pierwsza choinka stanęła, o ile pamiętam, w 1932 r. W tym samym roku został specjalnie iluminowany ratusz. Mogłoby to wzbudzić dzisiaj kąśliwe uwagi, bo to był zwykły kabel z zawieszonymi żarówkami żarowymi, i wątpię, że były one kolorowe.

Co z akcjami charytatywnymi? Teraz czasem można odnieść wrażenie, że ich kumulacja przypada właśnie na grudzień, zaczynając od Szlachetnej Paczki, a kończąc na miejskiej wigilii.

Okres grudniowy to było szczególne nasilenie rozmaitych akcji charytatywnych. Np. zaraz po odzyskaniu niepodległości zbierano paczki dla żołnierzy, wełniane skarpety, ciepłą bieliznę, papierosy. To wysyłano na front. Ale też przedmiotem szczególnej troski były dzieci szkolne z najuboższych rodzin. Ogłaszano, że będą organizowane gwiazdki, zabawy choinkowe.

Ja pamiętam taki apel, późniejszego prezydenta Białegostoku Wincentego Hermanowskiego, który w 1919 r. ogłosił, że zamiast urządzać zakrapiane alkoholem przyjęcia, to pieniądze, które ktoś chce przeznaczyć na alkohol, proszę przekazać na pomoc dzieciom. Sam przekazał pewną kwotę marek polskich.

Również w międzywojniu, ale to przechodziło także na styczeń, zrobiła się tzw. charytatywna akcja pojedynkowa. Polegało to na tym, że jakieś towarzystwo miało jakiś cel, np. pomoc dla domu dziecka czy dla biednych rodzin, i pisało się z imienia i nazwiska: pan iksiński wraz z małżonką na cel taki a taki przeznaczył kwotę taką a taką i wyzywa na pojedynek tego i tamtego. No i tamten wyzwany musiał przebić tę kwotę. To nie były jakieś ogromne sumy. Forma się zmieniła, idea pozostała taka sama.

A co widzimy, kiedy zajrzymy do zwykłego, białostockiego domu?

Zaczynały się porządki. Były kanonady trzepania dywanów. Panie czy nawet panowie wymieniali między sobą najlepsze rozmaite sposoby na trzepanie dywanów. Podobno dywan najlepiej był czyszczony, kiedy kładło się go licem na śniegu i w niego uderzało.

Jak wyglądała wigilia?

Głowa rodziny, domu czytała ewangelię o narodzeniu Jezusa i potem przechodziło się do łamania opłatkiem i składania życzeń. To był cały rytuał, kto po kolei komu składa życzenia. Też był cały rytuał kto, gdzie, w jakim momencie siedzi przy stole. To wszystko nam załatwili komuniści albo socjalizujący architekt Le Corbusier, który kazał większości ludzi mieszkać w blokach, gdzie nie wiadomo, jak ustawić stół na tyle osób.

Poza tym jeden z domowników przebierał się za Mikołaja. Ja współczuję dzieciom dzisiaj, kiedy włączają telewizję i oglądają reklamę jakiejś sieciówki i nagle widzą lecący tłum świętych Mikołajów. A przecież św. Mikołaj jest jeden.

To, czego już nie ma albo jest w minimalnym stopniu to również to, że gdy przechodziło się po daniach rybnych do słodkości, zaczynało się śpiewać kolędy. A następnie nadchodził ostatni już moment tego wieczora, czyli wyjście na pasterkę.

Zatrzymajmy się jednak na chwilę przy wigilijnym stole

Co do stołu wigilijnego, my jesteśmy dzisiaj ciągle w takim klimacie XIX w., pewnego wymieszania kuchni, tradycji, którą uznajemy za swoją, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to kuchnia wschodnia i bardzo dużo kuchni zachodniej. Kutia, sztrucel – już mamy dwa kręgi kulturowe. Tu, na Białostocczyźnie są dwie szkoły co do zupy wigilijnej. Jedni mówią, że to grzybowa. Drudzy będą mówili, że to jest barszcz czerwony. Jeżeli chodzi o ryby, to karp pojawia się dopiero w połowie XIX w.

Jedzenie było ogólnie zdecydowanie prostsze. Sądzę, że dzisiaj nasz dostatek, łatwość robienia zakupów spowodowały to, że ten stół wigilijny bardzo mocno ewaluuje i odchodzi od tradycji.

A zatem wracając do pasterki...

I tu jest piękny, białostocki aspekt pierwszego wykonania kolędy, hymnu Bóg się rodzi. To tu w 80. latach XVIII w., po raz pierwszy, wykonano tę niezwykłą kolędę, napisaną, jak tradycja mówi, do melodii poloneza koronacyjnego królów polskich. Słowa ułożył Franciszek Karpiński. Wydrukowane to zostało w Bazyliańskiej Oficynie w Supraślu w takim tomiku pieśni nabożnych. Tam nie było jeszcze tytułu Bóg się rodzi, tylko Pieśń o narodzeniu Pańskim.

A pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia? Czy i czym różniły się od tego, co mamy teraz?

Zgodnie z mieszczańską tradycją mówiło się tak: na pierwszy dzień świąt siedzimy w domu i czekamy na wizyty. W drugi dzień świąt my idziemy z wizytami. Nie ma już teraz takiego wyraźnie zaznaczonego zwyczaju wizyt świątecznych. Na wigilię i na pierwszy dzień świąt były zamknięte kina, ale już na drugi dzień świąt szykowano atrakcyjny program. I w ten sposób, jak ktoś nie miał do kogo iść, mógł pójść do kina. Restauracje też się otwierały dopiero na drugi dzień świąt. Dzisiaj już też w wielu przypadkach nie ma zjazdu rodzinnego, niezależnie od wyznania, miasta, wsi. W domach organizowało się na wprędce miejsce do spania. Nikt nie wymagał jakiś luksusów.

Dziękuję za rozmowę.
Dorota Mariańska
dorota.marianska@bialystokonline.pl